– „Spotkanie wielkich lotów nie było” – przyznał bez owijania w bawełnę szkoleniowiec Korony Kielce. I miał rację. Goli nie było, emocji jak na lekarstwo, ale ambicji – aż nadto. Korona, mimo braków kadrowych, gryzła trawę i momentami wyglądała tak, jakby chciała odgryźć kawałek murawy razem z rywalem.
Zieliński nie ukrywał frustracji: „Powinniśmy wygrać. Zasłużyliśmy. Ale w piłce nie ma takich słów jak ‘powinniśmy’ – trzeba to pokazać na boisku.”
I nie pokazali. Choć, trzeba przyznać, byli blisko. Poprzeczka po strzale Dawidowicia aż zadźwięczała, a Piast praktycznie nie istniał pod bramką Korony.
Ale to był mecz, w którym Kielczanie grali bez klasycznego napastnika. Bez Błanika, Długosza, Nikolowa, Antonina. Bez ludzi, którzy strzelają. W zamian była walka, pressing, chaos i nerwy. – „Brakło chłodnej głowy. Za dużo emocji, za mało spokoju” – przyznał trener. W sumie można było odnieść wrażenie, że jego drużyna chciała tak bardzo, że aż zapomniała… jak się gra spokojnie.
Kiedy jeden z dziennikarzy zapytał, dlaczego Mateusz Głowiński – jedyny nominalny napastnik – pojawił się dopiero w końcówce, Zieliński rozłożył ręce:
– „Bo dwa miesiące nie trenował z drużyną. Jakbym wiedział, że się przewrócę, to bym nie wychodził na ulicę.”
Zdanie, które spokojnie mogłoby trafić na memy z serii „filozofia futbolu”.
Mimo braku zwycięstwa, w wypowiedziach trenera pobrzmiewało coś, czego w tabeli nie widać – przekonanie, że ta drużyna ma charakter. Bo choć bez gola, to znowu na zero z tyłu. Już szósty raz w sezonie.



















Napisz komentarz
Komentarze