Trener po meczu podkreślał, że kluczowe znaczenie miała końcówka spotkania oraz niewykorzystana szansa na zamknięcie meczu przy prowadzeniu. Jego zdaniem o wyniku przesądziły stałe fragmenty gry, których obawiał się już wcześniej.
– Dziś musieliśmy przełknąć gorzką pigułkę, szczególnie po końcówce spotkania, w której coś wymknęło nam się spod kontroli. Już w przerwie mówiliśmy sobie, że musimy ten mecz zamknąć na 2:0, bo jednobramkowe prowadzenie niczego nie gwarantowało. Obawiałem się stałych fragmentów gry i niestety te obawy się potwierdziły. Zagłębie po dwóch takich sytuacjach zdobyło dwie bramki. Sami sobie to sprokurowaliśmy. Tym większy żal, że zwłaszcza w pierwszej połowie mieliśmy naprawdę dobre fragmenty gry. W piłce jednak liczy się to, co wpadnie do siatki. Zagłębie było skuteczniejsze, wygrało, a my musimy wrócić do równowagi i myśleć już o kolejnym meczu, bo tego spotkania nie da się cofnąć.
Zapytany o różnicę między pierwszą a drugą połową, szkoleniowiec zwrócił uwagę na zmianę charakteru gry po przerwie. Jego zdaniem zespół dał się wciągnąć w styl, który bardziej odpowiadał rywalom.
– Mamy pretensje wyłącznie do siebie, bo wdaliśmy się w fizyczną bijatykę, w której Zagłębie czuło się zdecydowanie lepiej. Piłka była cały czas w powietrzu, grana z jednej strony na drugą, mnożyły się stałe fragmenty gry. Stjepan Davidović przez sześć minut czekał na wejście, bo piłka nie opuszczała naszego pola karnego, a nie chcieliśmy dokonywać zmiany przy stałym fragmencie w defensywie. To jednak wyłącznie nasza wina, że nie potrafiliśmy domknąć meczu. Jest to element, który musi ulec poprawie. Były dobre akcje i sytuacje, ale za chwilę nikt o nich nie będzie pamiętał. Wynik poszedł w świat.
W trakcie spotkania boisko z powodu urazu musiał opuścić Pau Resta, co również miało wpływ na dalszy przebieg meczu. Trener przekazał pierwsze informacje dotyczące stanu zdrowia zawodnika. – Pau ma złamany nos. Na zdjęciu nie wygląda to najlepiej, jest już w szpitalu. Trudno powiedzieć, czy konieczny będzie natychmiastowy zabieg, czy lekarze poczekają, aż zejdzie opuchlizna. Jego zejście osłabiło nas szczególnie w grze powietrznej, to jeden z naszych najlepszych zawodników w tym elemencie. Szkoda tym bardziej, że w kontekście meczu z Radomiakiem prawdopodobnie straciliśmy ważnego piłkarza. Mam jednak nadzieję, że szybko dojdzie do siebie. Ta kontuzja zapoczątkowała całe pasmo niefortunnych wydarzeń w tym spotkaniu.
Odniósł się także do zmian dokonanych w przerwie, podkreślając, że miały one zarówno podłoże taktyczne, jak i prewencyjne. Kluczowe znaczenie miała sytuacja kartkowa jednego z zawodników. – Martin [Remacle] zszedł z powodu żółtej kartki. Mecz był bardzo szarpany, pełen sytuacji stykowych, więc nie chciałem ryzykować drugiego napomnienia. Dodatkowo chcieliśmy wzmocnić prawą stronę w ofensywie, bo wcześniej funkcjonowała słabo. Stąd ta decyzja, choć dziś trzeba uczciwie powiedzieć, nie przyniosła ona oczekiwanego efektu.
W kontekście gry ofensywnej pojawiło się również pytanie o występ Mariusza Stępińskiego. Trener zaznaczył, że przebieg meczu nie sprzyjał wykorzystaniu jego największych atutów.
– Nie miał wielu okazji, by pokazać swoje atuty, to fakt. Przez większość meczu byliśmy w posiadaniu piłki i graliśmy atak pozycyjny, a Mariusz najlepiej czuje się w fazach przejściowych. Nasze stałe fragmenty nie funkcjonowały dobrze, był też bardzo agresywnie pilnowany przez rywali, którzy skutecznie utrudniali mu grę. Takie mecze jednak się zdarzają.
Pytany o przygotowanie fizyczne zespołu, szkoleniowiec stanowczo odrzucił tezę o braku sił. Jego zdaniem kluczowe było wejście w fizyczną rywalizację na warunkach przeciwnika.
– Nie powiedziałbym, że zabrakło nam sił. Pięć dni wcześniej graliśmy w Warszawie i wytrzymaliśmy tam do samego końca. Bardziej problemem było to, że weszliśmy w bardzo fizyczną walkę, która nas nieco nadszarpnęła. Zagłębie potrafiło to lepiej wykorzystać i narzucić warunki, jakie im odpowiadały. My nie do końca umieliśmy się przed tym obronić i to był nasz największy problem.
Nie zabrakło również komentarza na temat Simona Gustafsona, który wciąż jest na etapie adaptacji do nowego środowiska. Trener podkreślił, że potrzeba jeszcze czasu, by zawodnik w pełni pokazał swoje możliwości.
– Simonowi brakuje jeszcze intensywnego treningu i minut meczowych, co widać w jego grze. Nie jest jeszcze w pełni pewny siebie. Trzeba też pamiętać, że dopiero poznaje realia polskiej ligi. To nie jest łatwe środowisko, tu nikt nie „pstryknie palcami” i nie zdominuje rozgrywek. Wszystko wymaga czasu i odpowiedniego poukładania.
Na koniec szkoleniowiec odniósł się do gry Xaviera Dziekońskiego w rozegraniu piłki od tyłu. Przyznał, że był to element, który tym razem nie funkcjonował tak, jak powinien.
– Dziś rzeczywiście nie wychodziło mu granie od tyłu. Świadomie budujemy akcje z jego udziałem. W Warszawie wyglądało to bardzo dobrze i dawało nam przewagę liczebną w rozegraniu. Tym razem sprawiał jednak wrażenie rozkojarzonego. Jeden błąd wpłynął na niego negatywnie i później trudno było mu wrócić do właściwego rytmu. To jednak na tyle dobry zawodnik, że jestem przekonany, iż szybko wyciągnie wnioski. Dzisiejsze budowanie gry nie było naszą mocną stroną.