– Doskonale wiemy, kto do nas przyjeżdża, to klub z ogromną historią. Zawsze powtarzam, że dla mnie na świecie istnieją trzy kluby, które niezmiennie są faworytami wszystkich turniejów: Barcelona, Kiel i Veszprém. Cieszymy się, że możemy się z nimi zmierzyć i sprawdzić, w którym miejscu obecnie jesteśmy. To niezwykle istotne spotkanie dla układu tabeli, ponieważ zwycięstwo pozwoli nam realnie powalczyć o trzecie miejsce w grupie.
Szkoleniowiec został zapytany również o trudny moment powrotu do rywalizacji po Mistrzostwach Europy oraz o to, jak przygotować się na rywala, którego skład, mimo ewentualnych absencji, wciąż pozostaje bardzo szeroki i jakościowy.
– Musimy wyjść na boisko skoncentrowani na sobie i zagrać najlepiej, jak potrafimy. Zespół taki jak Veszprém ma tylu klasowych zawodników, że gdy jeden nie może grać, zastępuje go kolejny. Kiedy mierzyliśmy się z nimi na początku października, w ich składzie brakowało Heshama i Luki Cindricia, a teraz prawdopodobnie wystąpią. Mają tak szeroki i bogaty skład, że mogą swobodnie rotować zawodnikami, zachowując najwyższy poziom gry.
Pojawił się także wątek obecnej siły węgierskiego zespołu i jego szans w kontekście walki o Final Four.
– To bez wątpienia jeden z faworytów do awansu do Final Four. Wszyscy robią już własne zestawienia, stawiając na Magdeburg, Barcelonę, Berlin czy Aalborg. Choć 99% ludzi pewnie ma rację, ja zostawiam ten jeden procent szansy dla takich zespołów jak Nantes, Sporting, Veszprém, Kielce czy Wisła Płock. Chcemy wykorzystać to „okienko” i wpaść do elity.
Trener odniósł się również do rosnących ambicji zespołu i zmieniającej się sytuacji w tabeli po trudnym początku sezonu.
– Apetyt rośnie w miarę jedzenia. Mieliśmy bardzo trudny okres we wrześniu i październiku, w listopadzie sytuacja zaczęła się poprawiać. Przy ówczesnych problemach naszym priorytetem było samo wyjście z grupy, ale teraz otwierają się przed nami możliwości zajęcia znacznie lepszej pozycji.
Nie zabrakło także pytania o sytuację kadrową oraz zdrowie zawodników po intensywnym okresie reprezentacyjnym.
– Szczerze mówiąc, boję się cokolwiek deklarować. Krzysztof Lijewski przed meczem w Kwidzynie mówił, że wszyscy są zdrowi, a zaraz potem na treningu Piotr Jaroszewicz złamaał nos, a Karalek zachorował. Trudno więc powiedzieć, że wszystko jest w porządku, ale mimo to idziemy do przodu.
Szkoleniowiec wyjaśnił też, jaka może być rola Piotra Jaroszewicza po urazie nosa.
– Może pojawić się na boisku przy rzutach karnych, ale przez najbliższe trzy tygodnie nie może grać bez maski ze względu na przepisy. Nie rozumiem, dlaczego w piłce nożnej zawodnicy mogą występować w maskach, a w tak kontaktowym sporcie jak piłka ręczna jest to zabronione, ale zdrowie zawodnika jest najważniejsze.
W rozmowie pojawił się także żartobliwy wątek dotyczący taktyki i ewentualnego uprzedzania rywala o planach personalnych.
– Jeśli ktoś to jutro napisze, to rywale będą trenować obronę tylko pod kątem karnych Piotrka. A mówiąc poważnie – wszystko jest w porządku.
Dujszebajew odniósł się również do stanu zdrowia Piotra Jędraszczyka.
– Na razie nie otrzymałem „zielonego światła” od sztabu medycznego.
Poruszono także temat ewentualnych wzmocnień po odejściu Hassana Kaddaha i planów transferowych na drugą część sezonu.
– Powtórzę to, co mówiłem we wrześniu: prawdziwym wzmocnieniem jest tylko taki zawodnik, który wniesie wartość nie tylko dzisiaj, ale i w przyszłości. Nie szukam kogoś tylko po to, by zgadzała się liczba osób w składzie. Mógłbym jutro dopełnić formalności i zgłosić do gry pana dziennikarza albo Marcina, by mieć 20 zawodników zamiast 18, ale jaki byłby tego cel? Chcieliśmy sprowadzić Kirilla Rabchinskiego już teraz, ale w jego klubie inny zawodnik doznał kontuzji więzadeł i go nie puścili. Nie będę jednak nad tym płakał. Ludzie dziwią się, że jedziemy na mecze w 11 czy 13 osób, ale my znamy swoje cele: chcemy wygrać Puchar Polski, Mistrzostwo Polski i awansować do Final Four Ligi Mistrzów.
Na koniec trener wrócił wspomnieniami do pierwszego meczu z Veszprém i wskazał, co jego zdaniem będzie kluczowe w rewanżu.
– Często zdarza nam się, że jedna połowa jest lepsza od drugiej. Jednak mecz trwa 60 minut i liczy się tylko końcowy wynik. W poprzednim starciu, przy remisie, zmarnowaliśmy kontrę 4 na 2 i przez to nie zdobyliśmy choćby punktu. Wolę jednak skupiać się na tym, co możemy zrobić teraz, niż na przeszłości. Przypomnę rok 2016, przez 47 minut graliśmy bardzo źle, a mimo to wygraliśmy puchar. Wszystko jest kwestią okoliczności, a przeciwnik przecież też ma swoje plany.