Golkiper przyznał, że w obu sytuacjach miał bardzo ograniczoną widoczność i trudno mu jednoznacznie ocenić przebieg akcji.
– Szczerze mówiąc, ciężko mi cokolwiek powiedzieć o tych bramkach, bo zupełnie nie widziałem ani momentu strzału, ani samej piłki. Przy pierwszej bramce w ogóle nie widziałem, że ona leci, a przy drugiej dopiero gdzieś w połowie toru lotu ją dostrzegłem. Trudno mi powiedzieć, co się wydarzyło wcześniej, bo było tam naprawdę bardzo dużo zawodników. Miałem wrażenie, że nie ma nawet miejsca, żeby ta piłka mogła przejść, że zablokujemy ten strzał, a niestety dwa razy wpadła do siatki – powiedział Dziekoński.
Bramkarz Korony zwrócił uwagę, że szczególnie bolesny jest fakt, iż decydujący gol padł w ostatniej akcji meczu.
– Przy tym stałym fragmencie gry krzyczeliśmy do siebie, żeby wybronić tę sytuację i zakończyć mecz. Wiedzieliśmy, że jeśli dobrze wybijemy piłkę, to sędzia zaraz zakończy spotkanie. Staraliśmy się jeszcze wybijać ją z linii razem z Marcelem, ale niestety wiemy, jak to się skończyło.
Na koniec zawodnik nie ukrywał, że drużynę czeka trudny powrót do Kielc po tak bolesnej porażce.
– To jest bardzo ciężkie. Przed nami długa podróż, pewnie osiem godzin w takich nastrojach. Myślę, że będzie raczej cisza, bo nikt nie będzie miał ochoty rozmawiać o tym meczu. Sami jesteśmy sobie winni – zakończył bramkarz Korony.



















Napisz komentarz
Komentarze