Korona Kielce mimo niezłej pierwszej połowy nie zdołała zdobyć punktów w Częstochowie. Po przerwie gospodarze zdobyli dwa gole i praktycznie zamknęli spotkanie, a kielczanie ponownie zakończyli mecz bez zwycięstwa.
Po końcowym gwizdku Xavier Dziekoński nie ukrywał rozczarowania przebiegiem drugiej połowy.
– Tak naprawdę znowu zagraliśmy dwie różne połowy. W pierwszej Raków chyba nawet nie miał celnego strzału. Schodziliśmy do szatni z pozytywnym nastawieniem, a po przerwie szybko straciliśmy dwie bramki. Przeciwko takiemu zespołowi bardzo trudno jest później odwrócić wynik.
Dziekoński zaznaczył, że drużyna nie może już skupiać się na atmosferze wokół klubu czy reakcjach kibiców.
– Nie możemy teraz zwracać uwagi na to, co dzieje się wokół Korony i jakie jest nastawienie kibiców. Musimy skupić się na sobie. Wiemy, z kim gramy za tydzień i jak wielką wagę ma ten mecz po tej porażce. Tylko to powinno być teraz przed nami.
Choć statystyki po przerwie były bardzo niekorzystne dla kielczan, bramkarz zwracał uwagę, że Korona miała swoją wielką okazję na kontaktowego gola.
– Nie oddaliśmy celnego strzału, ale mieliśmy stuprocentową sytuację Antoñína na 1:1. Gdybyśmy wtedy zdobyli bramkę, na pewno dużo by nam to dało. Po dwóch szybkich golach Raków zaczął kontrolować mecz, miał więcej swobody i było to bardzo widoczne.
Mimo trudnej sytuacji w tabeli Dziekoński uważa, że Korona nie zasługuje na miejsce, w którym obecnie się znajduje.
– Patrząc na naszą grę, uważam, że nie zasługujemy na to, gdzie jesteśmy. Moim zdaniem nie wygląda to źle. Cały czas mówi się o skuteczności i rzeczywiście tego nam brakuje. Mam jednak nadzieję, że mecz z Widzewem będzie momentem, w którym wszystko w końcu „odpali”.
Bramkarz przyznał jednocześnie, że drużyna jest świadoma swojej sytuacji i nie może pozwolić sobie na myślenie o innym wyniku niż zwycięstwo.
– Jeśli będziemy skupiać się na tym, co było wcześniej, to mecz z Widzewem skończy się tak samo jak poprzednie, czyli przegraną lub remisem. A jeśli zaczniemy myśleć o remisie, to też do niczego dobrego to nie doprowadzi.
Po spotkaniu kibice Korony ponownie próbowali rozmawiać z zawodnikami. Tym razem jednak obie strony szybko się rozeszły.
– Myślę, że my nie mieliśmy ochoty słuchać, a kibice nie mieli ochoty z nami rozmawiać. Zadziałało to więc w dwie strony. Może lepiej, że wyglądało to właśnie tak, niż jak po meczu z Piastem.
Na zakończenie bramkarz odniósł się jeszcze do drugiej straconej bramki autorstwa Marco Bulata.
– Było tam spore zamieszanie. W pewnym momencie kompletnie nie widziałem piłki, bo zasłaniali mnie zawodnicy przede mną. Zobaczyłem ją dopiero w połowie drogi. Strzał był też bardzo mocny, ale musiałbym jeszcze raz obejrzeć tę sytuację, żeby dokładniej ją ocenić.



















Napisz komentarz
Komentarze