Kiedy otwierają się drzwi sali widowiskowej, wszystko powinno już działać. Instrument ma być nastrojony, strój gotowy, krok przećwiczony, wystawa ustawiona, światło sprawdzone.
Publiczność przychodzi na efekt.
Znacznie rzadziej widzi drogę, która do niego prowadzi.
A właśnie tam zaczyna się kultura.
Nie w dniu koncertu. Nie przy oficjalnym otwarciu wystawy. Nie wtedy, kiedy w mediach pojawia się zdjęcie z wydarzenia. Zaczyna się wcześniej – od wielu godzin prób, od kolejnego kawałka drewna wziętego do ręki, od cięcia papieru, którego nie można już cofnąć, od melodii powtarzanej tyle razy, aż przestaje być tylko zapisem nutowym i zaczyna mieć własny charakter.
Wojewódzki Dom Kultury im. Józefa Piłsudskiego w Kielcach jest miejscem szczególnym właśnie dlatego, że pod jednym dachem spotykają się te bardzo różne światy. Jest instytucją dużą, prowadzącą własne zespoły, działalność artystyczną, edukacyjną, kinową i widowiskową. Jednocześnie jego zadanie jest znacznie szersze niż wypełnienie kalendarza kolejnymi wydarzeniami.
Bo „wojewódzki” powinno oznaczać coś więcej niż adres przy ulicy Ściegiennego w Kielcach.
Powinno oznaczać region i ludzi, którzy jego kulturę tworzą.
I właśnie o nich jest ta opowieść.
Andrzej Kozłowski rzeźbi od 1970 roku. Jego historia nie zaczyna się jednak od wystawy ani konkursu. Jednym z pierwszych ważnych przedmiotów, które wykonał, był drewniany krzyżyk powstały po śmierci rodziców.
I nagle drewno przestaje być tylko materiałem.
Staje się sposobem opowiadania.
W twórczości Kozłowskiego pojawiają się postacie, motywy sakralne, sceny rodzajowe, ptaki i elementy mocno osadzone w regionie świętokrzyskim. Za każdym razem pozostaje jednak ten sam mechanizm: najpierw trzeba zobaczyć coś w kawałku drewna, a potem umieć odrzucić dokładnie tyle, ile trzeba.
Nie więcej.
To wiedza zdobywana latami. I tu pojawia się pytanie, które w kulturze tradycyjnej wraca dziś coraz częściej: kto tę wiedzę przejmie?
Podobny problem, choć zapisany w zupełnie innym materiale, widać w twórczości Lucyny Kozłowskiej.
Tutaj zamiast dłuta są nożyczki.
Zamiast drewna – papier.
I również nie ma przycisku „cofnij”.
Lucyna Kozłowska zajmuje się między innymi wycinanką, której nadała własny, rozpoznawalny charakter. To szczególnie ważne właśnie w Świętokrzyskiem, bo wycinanka świętokrzyska w 2024 roku została wpisana na Krajową Listę Niematerialnego Dziedzictwa Kulturowego.
Sam wpis jest ważny.
Ale nie wystarczy.
Bo niematerialnego dziedzictwa nie chroni się wyłącznie dokumentem.
Trzeba je wykonywać. Pokazywać. Uczyć. Przekazywać.
Musi znaleźć się ktoś, kto potrafi, i ktoś, kto naprawdę chce się nauczyć.
I dopiero pomiędzy nimi zaczyna działać instytucja kultury.
Nie jako sala wynajęta na kilka godzin, ale jako miejsce spotkania i ciągłości.
Tę samą zależność słychać w muzyce.
Marika Snoch gra na klarnecie w Kapeli Ludowej Wojewódzkiego Domu Kultury. W jej przypadku pytanie o przekazywanie tradycji staje się jeszcze ciekawsze, bo muzyka ludowa nigdy nie mieści się wyłącznie w nutach.
Melodię można zapisać.
Ale jak zapisać charakter?
Jak zanotować sposób prowadzenia frazy, akcent, energię albo tę drobną różnicę, dzięki której utwór przestaje brzmieć jak poprawnie wykonana partytura, a zaczyna brzmieć jak muzyka konkretnego miejsca?
Tego często trzeba nauczyć się od ludzi.
Słuchając.
Grając razem.
Patrząc, jak robi to ktoś starszy.
I znowu wracamy do tego samego punktu: kultura tradycyjna przetrwa nie dlatego, że raz w roku pokażemy ją podczas dużego wydarzenia. Przetrwa wtedy, kiedy ktoś będzie chciał z nią zostać na dłużej.
Tak samo jest z tańcem.
Marta i Adam Szafarczykowie są związani z Zespołem Pieśni i Tańca „Kielce”. Na scenie widzimy kilka minut. Układ, stroje, muzykę, ruch i uśmiech.
Nie widzimy zwykłego dnia, który był wcześniej.
Pracy. Domu. Obowiązków. Zmęczenia.
I decyzji, że mimo tego wszystkiego wieczorem jedzie się na próbę.
Raz.
Drugi.
Setny.
Przez kolejne lata.
Zespół Pieśni i Tańca „Kielce” działa od dekad i nie jest grupą zbierającą się okazjonalnie przed ważną uroczystością. Za scenicznym efektem stoi regularność, kondycja, dyscyplina i czas oddawany zespołowi również wtedy, kiedy nie ma publiczności.
I właśnie tutaj najmocniej wybrzmiewa sens całego projektu „Bliska kultura. Głos regionu”.
Bo kulturę bardzo łatwo sprowadzić do wydarzeń.
Koncert był. Widzów było tylu. Zdjęcia są. Projekt rozliczony.
Tyle że prawdziwa kultura najczęściej dzieje się pomiędzy tymi punktami.
Wtedy, kiedy nie ma fotografa.
Kiedy nikt nie liczy frekwencji.
Kiedy twórca pracuje nad kolejną rzeczą, muzyk ćwiczy, a tancerze powtarzają ten sam fragment, bo jeszcze nie jest tak, jak powinien.
To także ważne pytanie o sam Wojewódzki Dom Kultury.
Czym powinien być dzisiaj?
Dużym centrum wydarzeń? Miejscem reprezentacyjnym? Domem własnych zespołów? Regionalnym zapleczem dla twórców i animatorów?
Prawdopodobnie każdym z tych miejsc jednocześnie.
Problem zaczyna się dopiero wtedy, gdy widowisko staje się ważniejsze od procesu, a liczba wydarzeń zaczyna przesłaniać ludzi, którzy każdego dnia wykonują pracę znacznie mniej efektowną, ale o wiele trudniejszą do zastąpienia.
Bo salę można wyremontować.
Scenę można doposażyć.
Kolejny koncert można wpisać do kalendarza.
Znacznie trudniej odbudować środowisko, kiedy zabraknie ludzi, którzy przez lata przekazywali swoją wiedzę kolejnym osobom.
Dlatego pytanie o przyszłość WDK nie powinno dotyczyć wyłącznie tego, co jeszcze pojawi się w programie.
Ważniejsze jest, komu za kilka czy kilkanaście lat Andrzej Kozłowski pokaże, jak prowadzić dłuto. Kto przejmie od Lucyny Kozłowskiej wiedzę o świętokrzyskiej wycinance. Kto będzie chciał grać muzykę ludową nie z obowiązku, ale dlatego, że naprawdę czuje jej język. I kto po całym dniu pracy nadal uzna, że warto przyjść na próbę i zatańczyć jeszcze raz.
Bo tradycja nie trwa dzięki temu, że ją dobrze opiszemy.
Trwa, jeśli ktoś ją robi.
Ktoś ją przekazuje.
A ktoś następny uznaje, że warto ją wziąć w swoje ręce.
Kultura nie dzieje się sama. Zawsze stoi za nią człowiek.
Audycja została zrealizowana w ramach projektu „Bliska Kultura. Głos Regionu”.
Projekt „Bliska Kultura. Głos Regionu” dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

Napisz komentarz
Komentarze