Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu Radio Rekord onair Radio Rekord onair
piątek, 22 maja 2026 09:59
Reklama

Radosny szczypiorniak w deszczowe popołudnie. Industria gromi Azoty Puławy

Po czwartkowym remisie z duńskim Aalborgiem, kielczan czekało kolejne ligowe wyzwanie - starcie z Azotami Puławy. Zespół z Lubelszczyzny przyjechał do Hali Legionów po dwóch bolesnych porażkach: najpierw z Rebud Ostrovią Ostrów Wlkp., a następnie z Orlen Wisłą Płock. Puławianie byli więc pod ścianą, a ich sytuacja przed tym meczem wyglądała delikatnie mówiąc… mało kolorowo. Spotkanie zakończyło się zwycięstwem Industrii 49:29 (24:10).
Radosny szczypiorniak w deszczowe popołudnie. Industria gromi Azoty Puławy

Źródło: Fot. Anna Benicewicz-Miazga/Industria Kielce

Do przerwy bez zmian...Industria demoluje rywala z pierwszej połowie 

Tradycyjnie -zanim piłka pójdzie w ruch - warto zajrzeć do notesu kadrowego. Tym razem obyło się bez wielkich rewolucji. Po kontuzji wrócił Piotr Jędraszczyk, którego brak w ostatnich tygodniach był aż nadto widoczny. Z kolei między słupkami kibice nie ujrzeli Klemena Ferlina, ale duet Morawski–Cordallija miał w pełni przejąć odpowiedzialność za bramkę. W kadrze zabrakło również Piotra Jarosiewicza i Arkadiusza Moryty, czyli dwóch ważnych ogniw ofensywy, których nie było także w czwartkowym meczu Ligi Mistrzów.

Przejdźmy jednak do mięsa, czyli samego spotkania. A to zaczęło się od trafienia Alexa Vlaha, który błyskawicznie otworzył wynik. Azoty próbowały odpowiedzieć, ale… no właśnie - próbowały. Kielczanie szybko im uświadomili, że w Hali Legionów nie ma taryfy ulgowej, bo już po pięciu minutach było 5:2 dla Industrii.

Kolejne fragmenty? Czysta przewidywalność.

Puławianie popełniali szkolne błędy, takie których nie powinno się widzieć na tym poziomie. Kielczanie tylko czekali na ich straty, by za chwilę pędzić z kontrą i dokładać kolejne bramki. I co najlepsze - wiele z tych trafień padało wtedy, gdy… w bramce gości nie było nikogo. Rywale najwyraźniej zapomnieli, że granie „siódemką w polu” przeciwko kieleckiemu walcu bywa proszeniem się o kłopoty.

Defensywa Industrii stała wysoko, agresywnie, a Azoty za nic nie mogły się przez nią przebić. W bramce świetnie wyglądał Adam Morawski, który do dziesiątej minuty wpuścił zaledwie trzy gole, podczas gdy jego koledzy z pola „zapakowali” ich już dziesięć.

Momentami to spotkanie przypominało bardziej mecz ósmoklasistów z czwartoklasistami, niż starcie drużyn z jednej ligi. Ale czego oczekiwać, gdy gra się przeciwko zespołowi z absolutnego topu?

W 12. minucie różnica bramek wynosiła już +10 (10:3), a to był dopiero początek. Z każdą kolejną minutą Azoty wyglądały, jakby były pogodzone z losem - grały tak, jak pozwalał im przeciwnik, byle tylko doczekać do przerwy.

Na pięć minut przed końcem pierwszej połowy Industria prowadziła 19:7, a ostatecznie zeszła do szatni z potężną zaliczką: 24:10.

Po przerwie bez cudów

Po zmianie stron kibice liczyli na trochę więcej emocji - nie takich, w których Industria gra słabiej, ale takich, w których rywal podniesie poziom i wreszcie zacznie stawiać jakikolwiek opór. O wyniku nikt już nie dyskutował, bo było jasne, że trzy punkty zostaną w Kielcach. Pojawiło się za to zupełnie inne pytanie: czy uda się dobić do magicznej „50”? Gdy w 38. minucie liczba zdobytych bramek przekroczyła trzydzieści, wielu zadało je sobie na głos.

Kolejne minuty zdawały się wskazywać, że jest na to szansa. Owszem, kielczanom zdarzały się proste błędy i momenty dekoncentracji, zwłaszcza przy wykończeniach akcji, kiedy wybierali dość… oryginalne sposoby na zdobycie gola. Jednak przewaga była na tyle duża, że nie wpływało to na kontrolę nad meczem.

Azoty po przerwie wyglądały zdecydowanie lepiej, choć wynikało to również z faktu, że Bekir Cordallija nie był tego dnia w tak dobrej dyspozycji jak Adam Morawski. Po 40 minutach goście mieli już na koncie siedem trafień w drugiej połowie, co jak na przebieg meczu było dla nich małym sukcesem.

Po stronie Industrii wyróżniało się przede wszystkim duo Alex Vlah – Dylan Nahi, które pewnie rzucało na bramkę Andreja Petkovskiego i regularnie podkręcało tempo ofensywy.

Ostatni kwadrans to już czysta formalność. Kielczanie grali swoje, a jedyną kwestią pozostawało to, jak wysoko zakończą spotkanie. Granica 40 goli pękła mniej więcej dziewięć minut przed końcem. Gdyby nie kilka braków zimnej krwi w klarownych sytuacjach, wynik mógłby być jeszcze bardziej okazały.

Ostateczne 49:29 i tak nie oddaje ogromu przewagi, jaką Industria miała tego dnia nad rywalem - przewagi wręcz kosmicznej, widocznej w każdym elemencie gry.

MVP spotkania został Michał Olejniczak.

Industria Kielce – Azoty Puławy

49:29 (24:10)

Industria Kielce: Morawski, Cordalija – Jędraszczyk 4, Olejniczak 6, Sićko 4, A. Dujszebajew 4, Maqueda 2, D. Dujszebajew 4, Latosiński 3, Karalek 7, Vlah 4, Rogulski 2, Monar 3, Nahi 5.

Azoty Puławy: Petkovski, Ciupa – Adamczewski 2, Antolak 5, Artemenko 2, Bereziński 1, Curzytek 2, Działakiewicz 5, Jaworski 6, Komarzewski 2, Kowalik, Łyżwa, Racotea 3, Savytskyi 1.


Więcej o autorze / autorach:
Podziel się
Oceń

Napisz komentarz

Chcemy, żeby nasze publikacje były powodem do rozpoczynania dyskusji prowadzonej przez naszych Czytelników; dyskusji merytorycznej, rzeczowej i kulturalnej. Jako redakcja jesteśmy zdecydowanym przeciwnikiem hejtu w Internecie i wspieramy działania akcji "Stop hejt".
 
Dlatego prosimy o dostosowanie pisanych przez Państwa komentarzy do norm akceptowanych przez większość społeczeństwa. Chcemy, żeby dyskusja prowadzona w komentarzach nie atakowała nikogo i nie urażała uczuć osób wspominanych w tych wpisach.

Komentarze

ReklamaDrogeria Uroda
ReklamaDrogeria Labo
Reklama3d Ostrowiec
Reklama
Reklama